Alfa Romeo GT

O tym, jak zdołałem uciec przed lawetą — trzy lata z Alfą Romeo GT!

Znajomy lata temu kupił model 145 — psuł się jak szalony, gnił jak wariat, ale w podróży budził emocje. To była moja pierwsza w życiu styczność z Alfą Romeo i z rozsądku sądziłem, że będzie ostatnia. Kiedy trzy lata temu szukałem auta dla siebie, nic nie wskazywało, że piękna GT znajdzie się w moim garażu. A jednak!

Alfa wpadła mi w oko najpierw na jednym z portali ogłoszeniowych. Szukałem czegoś bliżej nieokreślonego, a lista wymagań była spora. Budżet? Ruchomy. Po omacku przeglądałem nadwozia różnych aut i doktoryzowałem się w wersjach silnikowych. Zależało mi na dobrej jednostce i minimalistycznym, wygodnym wnętrzu. Auto miało połykać kilometry na trasach turystycznych, cieszyć jazdą w trakcie podróży po Europie.

Alfa Romeo GT
Piękny, głęboki kolor (tak, szczególnie tuż po myciu)…

Alfa Romeo GT zachwyciła mnie „od pierwszego obrazka”. Nigdy wcześniej nie widziałem tego wozu na żywo, ale jego ewidentne zalety skutecznie zamknęły mi oczy na wizerunek marki jako niesamowicie awaryjnej. Parę dni później przejeżdżałem wysłużonym Renault 19 obok małego komisu. Zatrzymałem się i nie wierzyłem własnym oczom — stała tam i mogłem przyjrzeć się jej z bliska! Auto było wystawione za śmieszną cenę, strasznie zapuszczone, brudne. Wsiadłem za kółko i już wiedziałem: tej nie kupię, ale takiej będę szukał,

Kupujemy!

Parę tygodni później pojechałem do Tychów. Bella była świeżo sprowadzona z Niemiec, czekała w garażu nowego domu jako prezent dla żony właściciela. Pech chciał, że żona wolała Mini… Pojechałem na stację, zrobiłem przy okazji przegląd, skompletowałem dokumentację, zapłaciłem 16 500 zł i w listopadzie 2016 stałem się posiadaczem swojego własnego, granatowego GT z jasnymi skórami, nagłośnieniem BOSE, ksenonami i ponoć bezawaryjnym silnikiem 1.9 JTDm 150 koni.

Alfa Romeo GT
188 tysięcy na liczniku!

Po załatwieniu wszystkich formalności zatankowałem i pierwszą podróż wykonałem w trybie „przed siebie”. Dotarłem późnym wieczorem do Ustronia, zaparkowałem w samym centrum i poszedłem na spacer. Jazda po przesiadce ze słabiutkiego, benzynowego Renault była niczym poezja. Każdy kilometr dawał radość, radość, radość!

Pierwsza awaria

O tym, że Alfa to samochód, o który trzeba się zatroszczyć, przekonałem się dwa miesiące po zakupie. W pewien styczniowy wieczór auto zaczęło zachowywać się dziwnie, traciło moc, a kilkukilometrowa wycieczka do rodziny wywołała nowe uczucie: obawę. Tak czy inaczej do domu, a później do mechanika, dojechałem. Tydzień później mój portfel odchudził się o 1500 zł, jakie przeznaczyłem na serwis turbiny, która padła tego styczniowego wieczoru. Zacisnąłem zęby i pomyślałem „auto nie jest nowe, zdarza się!”.

Zima rozgościła się na dobre, a ja snułem plany wiosennych wyjazdów. Wróciłem z wyprawy do marketu, wjechałem na podjazd i wysiadłem z auta, żeby zamknąć bramę. Biorąc sobie do serca konieczność dbania o turbinę, silnik pracował. Gdy zamknąłem kłódkę, motor zgasł, a ja pomyślałem: „to zabawne, jakie to auto jest inteligentne, nawet samo wie kiedy chcę wyłączyć zapłon”. Dwa dni później mechanik wymienił pęknięty przewód paliwowy, który „strzelił” — na całe szczęście właśnie tuż pod domem.

Ruszamy za granicę

Nadeszła wiosna, majówka, przyszedł czas na pierwszą podróż. Holandia! Jakiż uroczy to kraj, w którym oczy trzeba mieć dookoła głowy (rowerzyści), a nogę lekką jak piórko (fotoradary). W podróż wybrałem się razem ze znajomymi, korzystając z opcji drugiego kierowcy. Dzięki temu ponad 1200 kilometrów z Katowic Alfa pokonała w jeden dzień. Bez zająknięcia! Tak samo w drodze powrotnej, utwierdzając mnie w przekonaniu, że nie taka Alfa straszna.

Alfa Romeo GT

O tym wolałbym zapomnieć

Parę miesięcy później zrobiłem Alfie krzywdę (i przy okazji autu znajomego, co do dziś śni mi się w nocnych koszmarach). Parking. Ciasno, ja zmęczony, Alfa widoczność ma jaką ma, spojrzałem do tyłu, nie spojrzałem do przodu. Na szczęście nic nie popsułem poza drobną sprawą blacharską, specjalista naprawił, a ja od tej pory na parkingach włączam podwójne skupienie.

Alfa Romeo GT
Auć!

Bliskie spotkanie ze stadem jeleni

Gdy już otrząsnąłem się z parkingowej traumy, wybraliśmy się z przyjaciółką na Słowację. Mieszkaliśmy na przedmieściach Bratysławy, a każdego dnia jechaliśmy w innym kierunku, celując w okoliczne (piękne!) zamki. Szczytem głupoty — ale za to miłym wspomnieniem — był dzień, gdy za kierownicą spędziłem 24h, okrążając cały kraj i zatrzymując się przy wybranych atrakcjach. Wtedy też byłem najbliżej powtórki wizyty u blacharza, gdy w środku nocy na drogę wybiegło stado jeleni, każdy wielkości samochodu. Hamulce nie zawiodły, refleks też.

Na jednym z dziesiątek odwiedzonych zamków

Później podróżowałem nieco po Polsce. Kupiłem letnie Yokohamy i zimowe Daytony na osobnych alufelgach (w sumie jakieś 3000 zł) i odkryłem, jak wiele w komforcie jazdy zmienia dobra opona. Alfa jeździła po górach, autostradach i (najgorszych w Polsce!) nadmorskich drogach. Pewnego razu wróciłem z trasy, zaparkowałem i okazało się, że dziwne dźwięki sprzęgło wydaje. „Docisk” — pomyślałem. Chwilę później mój budżet uszczuplił się o 2500 zł na nową dwumasę Valeo i kompletny remont sprzęgła.

Bo o Alfę trzeba dbać!

Po tych wymianach auto zaczęło jeździć jak nowe. No może poza pewnym skrzypieniem, dobywającym się z tyłu… I tak oto zrobiłem remont zawieszenia. Z przodu też! I do tego wyremontowałem wydech wymieniając na nowy, bo czas starego ewidentnie dobiegł końca. U mechanika zostawiłem kolejne 2000 zł, gdzieś w międzyczasie robiąc serwis olejowy (oj, o olej dbać w Alfie trzeba, dlatego wybrałem droższy, ale niezawodny, Motul dedykowany dla diesla).

Do Estonii jechałem przez Malbork i Litwę, spędzając wraz z towarzyszącą mi Ines piękne trzy tygodnie w trasie. Auto nie zawiodło, bezpiecznie przemierzając kolejne kilometry pięknych tras. Tak, wycieczki do Estonii zdecydowanie polecam!

Alfa Romeo GT
Jest tak wygodnie, że nawet można pracować!

Trudna decyzja

Dziś postanowiłem, że auto sprzedam. Spędziłem trzy lata z Alfą Romeo, samochodem, który jak żaden inny zbliżył mnie do tematu motoryzacji. To taki wóz, o który trzeba dbać, ale gdy wyruszy się w trasę, uśmiech jest gwarantowany. Wygodne fotele (bardzo!), świetny układ kierowniczy i elastyczna skrzynia, to zalety, które mogę wymienić jednym tchem.

Czy Alfa faktycznie tak bardzo się psuje?

W trakcie mojej przygody z włoską motoryzacją ani razu nie skorzystałem z holowania, lawety czy pomocy drogowej. Za to zrobiłem kilka drobnych napraw, część samodzielnie, a dość sporo z udziałem specjalistów. Usunąłem usterkę elektryczną (typową) z kierunkowskazami lutując przyłącza na nowo, wymieniłem zawiasy klamek po obu stronach klnąc przy tym niemiłosiernie (pół dnia roboty za pierwszym razem). Naprawiłem dysze spryskiwaczy, oddałem progi do regeneracji… Po drodze pewnie było jeszcze coś, o czym już nawet nie pamiętam. 

Alfa Romeo GT
Tak się naprawia klamkę…

Moja myśl końcowa jest taka: to nie jest samochód dla ludzi wyznających zasadę „lać i jeździć”. Od tego jest stara Corolla (wiem, bo jeżdżę nią po mieście), ale ona nie da takich emocji, jak ten wóz. W portfelu zawsze trzeba mieć kilka stówek na coś nadprogramowego (odwdzięcza się niskim spalaniem) i trochę czasu na zaangażowanie się w projekt Alfa Romeo. Ja, ze względu na zmianę priorytetów zawodowych tego czasu mam coraz mniej, więc głos rozsądku podpowiada mi, że przyszedł czas na zmiany, choć najchętniej dopisałbym jeszcze kilka nowych rozdziałów do wspólnych podróży z pięknym GT…

Alfa Romeo GT
Gdzieś nad morzem

Daniel

Pisarz, podróżnik, minimalista. Z sentymentu nie potrafi się pozbyć kilku rzeczy z własnego domu. Kiedyś miał dość bycia freelancerem i wpadł na sześć lat w sidła etatu, żeby teraz znów zostać wolnym strzelcem. Przed każdą wyprawą marudzi i szuka wymówek, ale w jej trakcie całym sobą chłonie każdą chwilę.